podobno potrzeba matką wynalazku, cóż trudno się z tym nie zgodzić. Ja uważam jeszcze, że nuda i nadmiar wolnego czasu rodzicami szalonych pomysłów. Pozbawiona nowych odcinków House posiadająca za to obydwa czynniki aktywujące szalone pomysły, swoją potrzebę mocnych wrażeń przelałam w klawiaturę i tak narodził się mój Fic nr 1 pod tytułem "Ostatnia szansa". Premiera pokazała się na forum House MD teraz umieszczam go tu.
p.s. Akt III dedykuję Paci
AKT I
Był szary, listopadowy dzień. House siedział zamyślony w swoim biurze zastanawiając się czy dwie kolejne tabletki vicodinu uśmierzą jego narastający ból nogi. Już sięgał do kieszeni po fiolkę, gdy do pokoju wpadł Wilson.
- Hej, jedziesz ze mną i z Amber na ceremonię i czy docierasz sam?
- Skorzystam z trzeciej opcji. W ogóle się nie pojawię.- House łyknął kolejną tabletkę.-Poza tym nie mogę mam pacjenta. Z....-House pośpiesznie zaczął przeglądać swoje notatki.- Z przewlekłą grypą- Uśmiechnął się delikatnie
- Nie pójdziesz na ślub Cuddy z powodu grypy u pacjenta!!- Wilson nie krył poirytowania.
- No wiesz! Wszystkim pacjentom należy się opieka lekarska. Poza tym oglądanie egzekucji Cuddy ups miałem na myśli ślubu Cuddy nie jest nawet w połowie tak fascynujące jak kolejny odcinek „Zemsty namiętności” po portugalsku.
Wilson zaśmiał się gorzko i z wyrzutem po patrzył na przyjaciela.
- Jesteś żałosny House. Kobieta twojego życia ma zamiar wyjść za mąż za innego a ty będziesz siedział przed telewizorem z pustym opakowaniem po vicodinie. Naprawdę łudziłeś się, że ona będzie czekać w nieskończoność aż ty dorośniesz?- House bezradnie patrzył w swoje buty- jesteś nie tylko żałosny House, ale na dodatek głupi.
- A co według ciebie powinienem zrobić?- Odpowiedział z mocą House- wpaść do kościoła krzycząc głośno „Nieee!” i upaść na kolana rozrywając sobie szaty?!
Dalszy wywód zakłócił dzwonek pagera House’a. Lekarz sięgnął do kieszeni po urządzenie i przeczytał zostawioną wiadomość.
- Nie chcę przerywać tej uroczej pogawędki, ale moja pacjentka właśnie przechodzi zawal serca. Do widzenia Wilson.
Nie oglądając się za siebie House wyszedł z biura zostawiając w nim osłupiałego przyjaciela.
AKT II
House siedział zamyślony oparty o swoją laskę w pokoju pacjentki, czekając aż ta się obudzi. Po krótkiej chwili pacjentka otworzyła powoli otworzyła oczy i spojrzała na House’a.
- Witam, jestem dr House i zajmuję się pani przypadkiem.
- Co się ze mną działo?- powiedziała dziewczyna z trudem wydobywając z siebie słowa
- W ciągu ostatnich trzech godzin przeszłaś dwa poważne zawały serca- powiedział poważnie House- i istnieje duże prawdopodobieństwo wystąpienia następnego, którego raczej już nie przeżyjesz.
Pacjentka z bólem po patrzyła w niebieskie oczy House’a
- Czy nie ma już dla mnie nadziei?- zapytała.
- Widocznie dziś jest twój szczęśliwy dzień- powiedział z ironią- potrzebujesz do zdrowia przeszczepu serca a akurat trafił nam się 25-cio letni motocyklista. Z jego karty wynika, że jemu serce już nie będzie potrzebna i chętnie ci je odda.
- Przeszczep serca?- zapytała- To poważna operacja...Czy... czy ja...mogę umrzeć?
- Istnieje takie ryzyko, ale bez operacji umrzesz NA PEWNO.- zakończył dobitnie House
W oczach pacjentki zalśniły łzy strachu i bólu.
- Czy jest tu Matt? -zapytała słabo- Chciałabym z nim porozmawiać...
- Interesujące...-powiedział House- czeka cię trudna i niebezpieczna operacja a ty nie chcesz się widzieć z matką, siostrą czy nawet z chłopakiem, ale właśnie z własnym szwagrem- lekarz spojrzał na pacjentka z zainteresowaniem.
- Co w tym złego, że chce się zobaczyć z kimś, kogo lubię?
- Z moich obserwacji wynika, że umierający ludzie spotykają się z tymi, których kochają. Skoro twoja mam i siostra wciąż denerwują mnie pytaniami o twoje zdrowie a chłopak pół nocy przesiedział trzymając cię za rękę domyślam się, że nie jesteś z nim pokłócona. --pacjentka spłoszona odwróciła się próbując uniknąć przenikliwego spojrzenia niebieskich oczu- Z drugiej strony umierający pragną zakończy wszystkie swoje nie rozwiązane sprawy, co też takiego łączy cię ze szwagrem, że musisz to zakończyć nim umrzesz?
Pacjentka przestraszona spojrzała na House’a potem odwróciła wzrok jakby nie mogąc znieść jego spojrzenia i powoli rzekła
- Kocham Matta... nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo dopóki- słowa z trudem wydobywały się z jej krtani- dopóki nie związał się z moją siostrą. Wielokrotnie próbowałam, ale nigdy nie zdobyłam się na to żeby mu powiedzieć. Pięć lat temu...w dniu ich ślubu miałam ostatnią szansę, ale wtedy nie potrafiłam- przerwała na chwilę chcąc złapać oddech-Żałuje, że nie potrafiłam się przemóc, każdego dnia czuję ból nie pewności i nie spełnionej miłości. Teraz czuję, że dostałam kolejną szansę... Nie chcę umierać ze świadomością, że Matt nie wie, co do niego czuję....
House spojrzał w oczy pacjentki i dostrzegł lśniące w nich łzy. Wstał powoli i wyszedł z pokoju. Czuł, że ból nogi wzmógł się, ale oprócz bólu nogi poczuł dziwne ukłucie serca.
Akt III
House siedział w swoim biurze, oparty niedbale o laskę i zamyślony wpatrywał się w pustą już białą tablicę. Był sam, wszyscy jego współpracownicy mieli wziąć udział w ślubie Cuddy. Roztargniony spojrzał na zegarek. Była 15.00.
- Dwie godziny do ślubu...- pomyślał machinalnie, lecz zaraz sobie przypomniał, że przecież go to nie obchodzi- Cuddy jest wolną kobietą i może robić co chce. Nawet jeżeli oznacza to ślub z pseudoortopedą z New York. – starał się odrzucić od siebie obraz szefowej w objęciach ortopedy o sztucznym uśmiechu po liftingu i wizję samego siebie usuwającego ten uśmiech przy pomocy skalpela.
Rozmyślania House’a o interesującym zastosowaniu skalpela i innych narzędzi chirurgicznych przerwało nagłe pojawienie się pielęgniarki.
- Przepraszam panie doktorze- pielęgniarka wyglądała na przestraszoną. Nie chciała tu przychodzi. Dość nasłuchała się o House’ie w pokoju pielęgniarskim, wolała nie sprawdzać prawdziwości plotek na własnej skórze. Niestety nigdy nie miała szczęścia w grach losowych-przyszłam zawiadomić, że niestety operacja pańskiej pacjentki nie odbędzie się dzisiaj.- wyrzucała z siebie słowa z prędkością karabinu maszynowego.
- Co proszę? – zapytał House niezbyt grzecznym tonem
- Operacja pańskiej pacjentki została przesunięta- odpowiedziała coraz bardziej przestraszona pielęgniarka.
- A jednak się nie przesłyszałem.- House uważnie przyjrzał się dziewczynie- Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że pacjentka bez tej operacji UMRZE!!
- Przepraszam panie doktorze- bezradnie opuściła wzrok- ale to nie moja decyzja, tylko doktora Hayes’a
- Hayes to idiota!- House nie krył irytacji. Dokładnie zlustrował wygląd pielęgniarki- I wygląda na to, że pracowników dobiera sobie wg. wielkości biustu a nie inteligencji.- rzucił na odchodnym i wyszedł z gabinetu
House wpadł jak burza do gabinetu transplantologa nie przejmując się pukaniem. Hayes siedział przy swoim biurku rozmawiając z jakąś wyraźnie zdenerwowaną kobietą.
- Jesteś totalnym głupcem Hayes!- rzucił Greg w ramach wstępu
- O House! Jak miło, że wpadłeś poznaj proszę moją żonę. –kobieta podniosła się lekko.
- Nawet małpa na wybiegu ma więcej rozumu do ciebie!- House nie zwracał uwagi na słowa lekarza.- Dlaczego nie chcesz przeprowadzić przeszczepu mojej pacjentce dzisiaj? Jakiego słowa w STAN CIĘŻKI nie rozumiesz?
- Cóż widocznie nie dopełniłeś wszystkich formalności brakuje podpisu administratora szpitala. Ja nie mogę naginać przepisów, nawet dla ciebie House- Hayes zrobił zadowoloną minę- a teraz pozwolisz, ale muszę dokończy z żoną poważną rozmowę.
- O, pani Hayes- zawołał House wychodząc- na tą wysypkę co panią dręczy ta maść nie pomoże. Radzę wziąć dobrego adwokata. Mąż panią zdradza!- dokończył scenicznym szeptem.
Na korytarzu zatrzymał się tylko na moment by zastanowić się co dalej robić. Następnie ze zdeterminowaną miną ruszył windą na dół a stamtąd udał się na parking. Wsiadł na swój motor i popędził w stronę domu Cuddy, po drodze przekonując siebie, że robi to tylko z troski o pacjenta.
Drzwi domu Cuddy otworzyła House’owi kobieta odziana w coś co przypominało wielki różowy namiot cyrkowy.
- Hej, przyszedłem do Cuddy- rzucił Greg i bez zaproszenia wtargnął do środka
- Kim pan jest?- spytała przestraszona kobieta
- Dawno zaginioną siostrą Cuddy przyszłam pokazać się jej po operacji zmiany płci. Jest u siebie?- spytał i nie czekając na odpowiedź ruszył do pokoju Cuddy- i mała rada- zwrócił się w stronę kobiety- przy twoim wyglądzie nie powinno się ubierać na różowo. Chyba, że jest się świnką Piggy- powiedział i znikł za drzwiami pokoju Cuddy.
Gdy wszedł do środka zaniemówił na chwilę z wrażenia. Cuddy stała na środku pokoju w długiej białej sukni, rozpuszczonymi włosami i z bukietem herbacianych róż w dłoni. Wyglądała przepięknie.
- House co ty tu robisz- zapytała z lekko drżącym głosem- Wilson mówił, że nie przyjdziesz.
- Nie przyszedłem na ślub.- głos Grega brzmiał mniej pewnie niż zwykle- moja pacjentka potrzebuje przeszczepu serca a nie mogę go przeprowadzić bez twojego podpisu.
- I przyszedłeś tylko po to? To dzień mojego ślubu House, twoja pacjentka chyba może poczekać parę godzin.- w głosie Cuddy pobrzmiewała lekka nuta zwątpienia
- W jej wypadku „póki śmierć was nie rozłączy” trzeba by zastąpić frazą „ póki nie minie sześć godzin”. Podpisz to i już mnie nie ma.- House podał jej formularz.
- Wlokłeś się przez pół miast po jeden podpis? Nie chce mi się w to wierzyć House, to byłoby dla ciebie zbyt wielkie poświęcenie.- powiedziała gorzko- Jeśli masz mi coś do powiedzenia zrób to teraz.
House jednak nie ruszył się z miejsca tylko z zakłopotaniem rozglądał się po pokoju. Przez twarz Cuddy przemknął lekki cień smutku.
- Wychodzę. Wszyscy już na mnie czekają. Do widzenia House.- powiedziała cicho. Odwrócił się i poszła w stronę drzwi. Gdy tylko jednak dotknęła klamki usłyszała za sobą cichy głos Grega.
- Nie odchodź... Kocham cię Liso!- Cuddy powoli odwróciła się w jego stronę.
- Zwróciłeś się do mnie po imieniu...
- Taaaa w Cosmo pisali, by przy wyznaniach miłosnych używać imienia wybranki.- popatrzył na nią z miłością i niemą prośbą w oczach.
- Dlaczego teraz House? Dlaczego dopiero teraz?- głos Cuddy drżał wyraźnie.
- Bo zrozumiałem, że to moja ostatnia i nie chce jej zmarnować tak jak poprzednich- podszedł do niej i delikatnie pogładził po policzku.- Kocham Cię. Jesteś denerwująca, wtykasz nos w nie swoje sprawy i wszystko chcesz robić po swojemu ale kocham cię i nie wyobrażam sobie życia bez ciebie...- nachylił się i delikatnie ją pocałował.
- To będzie trudne Greg- powiedziała cicho
- Gdybym chciał czegoś łatwego nie wybrałbym ciebie- przytulił ją mocniej do siebie
- Kocham cię- szepnęła pełnym szczęścia głosem- bałam się, że ty nigdy nie odwzajemnisz moich uczuć
- Ciii... nie marnujmy już więcej czasu- znów połączył ich pocałunek.
Stali tak połączeni pocałunkiem w szarym świetle listopadowego wieczora a chwila ta zdawała się im najpiękniejszą w całej wieczności. Nagle House odsunął się trochę i spojrzał na Cuddy z figlarnym błyskiem w oku.
- Teraz już wiem na pewno- zaczął powoli- twój biust jest w stu procentach naturalny!- skwitował wypowiedź swoim najpiękniejszym uśmiechem
- Och zamknij się!- powiedziała śmiejąc się w uderzając go lekko w ramie- lepiej się zamknij i pocałuj mnie
Zrobił to. Z największą przyjemnością.