Biwak drużyny już za nami, trzy dni prawdziwie harcerskiego życia. To cudowne uczucie, że opisując kolejny biwak słowa: wspaniale,świetnie, cudowna atmosfera, świetna zabawa same cisną Ci się pod palce. A wszystko dzięki wam moje drogie łyse blondynki i jedna rudo. Z piątki tym razem w biwaku wzięli udział :Martyna, Domcia, Kasia i nasz rodzynek Mikołaj oraz oczywiście nasz PrzySzymek i PrzyBasia, którzy dzielnie radzili sobie z prowadzonymi zajęciami. Oprócz piątki w biwaku wzięła także udział 36 MDH "Agat", która gościła nas u siebie w Polance.
Harcerze, jak to zwykle na biwakach bywa, głośno śpiewali, wytrwale się bawili, w nocy nie spali i namiętnie obrzucali się kisielem (który był tematem przewodnim tego biwaku). W sobotę wieczorem wzięliśmy udział w grze zorganizowanej przez dha Daniela. Nasz PrzySzymek miał szansę zaistnieć jako piękna księżniczka zaklęta przez złą czarownicę, Ciacho jako czarodziej uwięziony pod konturem świata, ja za to wcieliłam się w rolę w złego goblina z Świętej Księgi Wyjścia po 11, pilnującego przenajsłodszej wróżki Totalnego Pokręcenia. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze i nasi dzielni harcerze zdołali uwolnić Czarodzieja i odmienić zaklętą księżniczkę.
Oprócz gry harcerze mogli się wykazać kreatywnością podczas zajęć PrzyBasi z umundurowania. Jeżeli jeszcze kiedyś umundurowanie będzie się zmieniać jestem pewna, że projekty mundurów naszych harcerzy będą hitem na światowych wybiegach! Uczestnicy biwaku musieli także zmierzyć się z problemem różnorakiego zastosowanie kisielu a także przyswoić sobie podstawowe wiadomości z samarytanki, na szczęście z pomocą pospieszył Ciacho, który nie tylko podzielił się swoimi wiadomościami ale także użyczył sam siebie jako przedmiot badań. PrzySzymek zapoznał harcerzy z zawiłościami znaków patrolowych a po prowadzonych przez niego zajęciach z musztry nawet druhowie, którzy pierwszy raz mięli z nią do czynienia, pokazali, że nawet skomplikowane komendy nie są dla nich wyzwaniem.
W niedzielę po szybkim sprzątaniu, zawiązaniu kręgu i iskierce przyjaźni rozstaliśmy się z uśmiechem na ustach i nadzieją w sercu, że przed nami jeszcze nie jeden tak wspaniały biwak.
Z zupełnie innej beczki:
Wilson WRÓCIŁ!!
środa, 29 października 2008
środa, 22 października 2008
Anioły są takie ciche, zwłaszcza te w Bieszczadach....


Są miejsca, które kocha się od pierwszego wejrzenia, od pierwszego kroku na ścieżce, pierwszego oddechu tamtejszym powietrzem. Nigdy nie rozumiałam dlaczego większość piosenek mówiących o górach jest o Bieszczadach, przecież są jeszcze Gorce, Beskidy i Pieniny wszystkie piękne majestatyczne i poetyczne. Dopiero w te wakacje przekonałam się o magii Bieszczad. Porośnięte bukowiną stoki, wciąż dzikie i dziewicze, magiczne miejsca pełne są muzyki i poezji. Choć byłam w Bieszczadach tylko parę dni i nie przeszłam ich wzdłuż i wszerz, zakochałam się w nich miłością pierwszą, mocną i niewinną. Bieszczady to miejsce, które się wspomina, do którego chce się wracać. W tym roku zaniedbałam góry, rzadko je odwiedzałam, na szczęście pomimo to udało mi się odkryć moje Bieszczady (moje, bo dla każdego są czym innym).
Na pierwszym zdjęciu widok z Połoniny Caryńskiej. Stojąc na jej szczycie ma się poczucie nieskończonej przestrzeni i wolności, chce się iść na przód , nieważne w którym kierunku, ścieżką jakby na dachu świata. Drugie przedstawia Łopienkę, miejsce w którym od razu się zakochałam. Mała, opuszczona wioska Łemkowska, z której ostały się tylko cerkiew i zdziczałe sady. Trudno opisać to miejsce, jego ciche piękno. Zespół Cisza jak ta śpiewa piosenkę Chrystus Bieszczadzki mówi ona właśnie o Łopience, lecz żeby dokładnie zrozumieć sens tej piosenki trzeba to miejsce odwiedzić....
Przyczyną mojego nagłego sentymentalnego powrotu w Bieszczady był oczywiście koncert W górach jest wszystko co kocham... na którym byłam razem z Pacią, Dominikiem i Danielem. Koncert był wspaniały chociaż jak dla mnie za krótki (jestem raczej przyzwyczajona do yapowo-gorcstokowych koncertów całonocnych). Grali i śpiewali: Cisza jak ta, Browar Żywiec, Robert Marcinkowski, Tomaz Jamróżewski i Dom o zielonych progch. Bawiłam się świetnie choć Pan-W-Czerwonym ubrał się na niebiesko i nie wyglądał już tak fajnie, za to Skrzypek i jego skrzypce jak zwykle fenomenalini (zwłaszca te joego skórzane spodnie!).
piątek, 10 października 2008
Wiadomości z Gołębnika...
I zaczął się drugi rok moich studiów polonistycznych, byłoby chyba zbyt dobrze i za mało Ofwczo, gdyby rok akademicki 2008/2009 rozpoczął się bezproblemowo i łagodnie. Wszystko za sprawą mojego indeksu a także... Gramatyki Opisowej (sic!). Gramatyki Opisowej, z którą nie miałam mieć po skończonym egzaminie (zdanym egzaminie! chyba nie sądziliście inaczej) żadnego kontaktu. A jednak przez moje ogromne roztrzepanie i ogólną niechęć do myślenia o tym, co należy w pewnym sensie mnusiałam kontynuować swe zmagania z GO a konkretnie z nieuchwytnym prof. Dunejem (którego pozdrawiam i życzę szybkiego powrotu do zdrowia). Na szcząście wszystko potoczyło się w miarę gładko i bezboleśnie. w tym miejscu chcę zaprzeczyć wszystkim plotką na temat rzekomej nieuprzejmości pań pracującyh w sekretariacie. Dziś po odczekaniu godziny w kolejce i uprzejmości pani Magdy (która na mnie nie krzyczala chociaż mogła) załatwiłam wszelkie sprawy formalne i uzyskałam w indeksie niezaprzeczalny dowód na to, że jestem studentem drugiego roku Wydzialu Polonistyki Uj na kierunku Polonistyka spec. Nauczycielska.
p.s. Wiecie dlaczego kolo sekretariatu na Gołębiej są automaty z kawą i jedzeniem? Żeby studenci nie umarli z głodu, gdy czekają w kolejce :D
p.s. Wiecie dlaczego kolo sekretariatu na Gołębiej są automaty z kawą i jedzeniem? Żeby studenci nie umarli z głodu, gdy czekają w kolejce :D
Subskrybuj:
Posty (Atom)